sobota, 2 marca 2013

Włoskie początki


Pół roku planowania. Pół roku czekania. Pół roku wyobrażeń. Wreszcie nadszedł czas, gdy po zakończonej sesji zimowej mogliśmy wybrać się na Sardynię. To właśnie tutaj spędzimy najbliższe 5 miesięcy studiując i podziwiając jednocześnie niesamowity krajobraz.

Po wielu momentach zwątpienia czy ta wyprawa w ogóle dojdzie do skutku ze względu na dosyć zawiłą procedurę dot. dokumentacji nadszedł dzień kiedy już wiedzieliśmy, że na pewno udajemy się na naukę na północ Sardynii - do Alghero.

Polecieliśmy z Okęcia z Warszawy do Brukseli – Charleroi, gdzie mieliśmy 11-godzinną przesiadkę. Nie była to najlepsza opcja, lecz niestety względy ekonomiczne wzięły górę. Po przylocie na lotnisko okazało się, że jest ono usytuowane w szczerym polu. Gdy zapytaliśmy panią w informacji o ciekawe miejsca wokół lotniska, wzdrygnęła tylko ramionami i zaśmiała się. No cóż, byliśmy skazani na nocne koczowanie. Na pomoc „przyszły” nam kuwety, które po złączeniu tworzyły prowizoryczne łóżka. Jak się okazało był to model „modułowego systemu do spania”… :P







O tej porze na Sardynii bardzo często pada. Tym bardziej zdziwiliśmy się, gdy w Alghero przywitało nas piękne słońce widoczne już z okien samolotu. Pierwsze chwile na lądzie były niesamowite. Krajobraz rodem z filmu Blow z John’ym Depp’em w roli głównej. Zero śniegu, zero mrozu. Słońce!

Po szybkim opuszczeniu lotniska wsiedliśmy do autobusu skąd pojechaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy mieszkać. Wcześniej znaleźliśmy przez Internet mieszkanie, jak się później okazało, w bardzo dobrej lokalizacji. Via la Marmora. 5 minut drogi pieszo od morza. 5 minut drogi pieszo od uczelni. 10 minut spacerkiem od starego miasta. Wprost idealnie!  Z tarasu widać całą ulicę Via La Marmora, która jest jedną z głównych w tej części miasta. Ten widok wieńczy port, morze i góry. Z innych okien usytuowanych na wschód widać piękne dachy z ceramicznej dachówki, które „płoną” w kolorach zachodu słońca. To niesamowite, gdzie przyjdzie spędzić nam najbliższe 5 miesięcy. Zastanawia mnie tylko fakt, czy jeszcze aby pamiętam o tym, że przyjechaliśmy tu studiować? A może wolelibyśmy pochłonąć się bez reszty eksplorowaniu miasta i pięknego krajobrazu? Mam nadzieję, że uda się połączyć te dwie czynności… ;)






Pierwszy spacer po starym mieście odkrył przed nami charakterystyczną architekturę. Bardzo wąskie uliczki zakończone wyjściem na bastion, place z kafejkami i kościoły ze średniowiecznym rodowodem tworzą niesamowity klimat. Podczas porannych zakupów świeżego pane, a także przepysznych biscutii formaggio i ricotta udało się wymienić kilka zdań po włosku ze sprzedawczynią, a także z inną klientką. Zadziwia otwartość Włochów, a jednocześnie ich serdeczność. Wiem, że tam na pewno wrócę, niekoniecznie tylko po świeże pieczywo… ;)













2 komentarze:

  1. ozesz Ty! Moje serce krwawi,tam jest pieknie! Trzymaj sie,wstawiaj wiecej zdjec,juz tesknimy! <3 G.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny post już na blogu :)

    OdpowiedzUsuń